Dzisiaj jest 01/05/2017

Artykuły:

Niesprawne i aroganckie jest nasze państwo.

Brak mi bardzo skutecznych działań na rzecz solidnej reprezentacji poglądów
liberalnych w polskiej polityce! Dziś są one całkowicie niemal nieobecne w głównym
nurcie naszego życia publicznego - mówi Andrzej Olechowski w rozmowie
z redakcją Tygodnika “Liberałowie i Demokraci” (5/2013, z dnia 5.04.2013)

- Liberalizm nowoczesny to nie tylko wolny rynek ale może jeszcze bardziej wolny człowiek. Swobody obywatelskie, nie ideologiczne a świeckie państwo, wsparcie dla realizacji marzeń i aspiracji człowieka – o ile nie godzą one w innego człowieka – to nadal aktualne wyzwanie. Czy Polskę można już nazwać demokracją liberalno-demokratyczną?
Na pewno Polsce jest bliżej do tego określenia niż jakiegokolwiek innego. To nie znaczy jednak, że jesteśmy liberalną demokracją wysokiej próby, jest jeszcze wiele do zrobienia i to rzeczy bardzo oczywistych. Nasze państwo jest nadal często bardziej pancerzem niż trampoliną dla aspiracji, marzeń i działań Polaków. O jego instytucjach decydują ideologiczne preferencje polityków, jak np. w przypadku związków partnerskich, albo interesy grupowe, jak w przypadku administracji czy szkolnictwa wyższego, a nie potrzeby obywateli. Po wielkim skoku od komunizmu do demokracji polskie państwo ugrzęzło w inercji i kosmetycznych zmianach. To bardzo niepokojąca sytuacja, gdyż takie państwo utrudnia Polakom mierzenie się z wyzwaniami współczesnego świata i naraża nas na poważne niebezpieczeństwa.
– Już w swoim programie wyborczym w 2010 roku postulował Pan formalizację związków partnerskich. Jak w tym kontekście ocenia Pan rozłam w PO wokół tej sprawy?
Związki partnerskie są smutnym dowodem na to, że rządzący politycy wsłuchują się w siebie, a nie w potrzeby ludzi. Nie chcą zauważyć zmian zachodzących w społeczeństwie. Wolni ludzie realizują swoje aspiracje i potrzeby na różne sposoby, wybierają różne style życia. Jeśli nie kolidują one z interesami innych osób, obowiązkiem państwa jest te wybory dostrzegać i ułatwiać ich realizację. Nasze wydaje się natomiast mówić: „nie obchodzą mnie twoje wybory, nie obchodzi mnie twoje szczęście, jeśli wybierzesz inną drogę niż ta, którą ja uważam za słuszną - nie widzę cię”.
Nie interesują mnie wewnętrzne spory w PO. Od partii rządzącej oczekuję, że stara się skutecznie odpowiadać na potrzeby obywateli. PO tego nie robi. W sposób, który jest dla mnie żałosny i oburzający unika decyzji, które łączą się z trudnościami, albo wymagają wyobraźni. Które dostosowują państwo do zmian w Polsce i w świecie. Proszę spojrzeć na nasze szlaki komunikacyjne, które będą bodaj jedyną spuścizną rządów tej partii. Owszem, drogi i tory kolejowe będą bardziej współczesne, ale ich sieci takie same, jak za zaborów lub, w najlepszym wypadku, w wyobrażeniach gomułkowskich planistów, tak samo nienowoczesne, jak do dzisiaj. PO Polskę odświeża, ale jej nie zmienia, nie stara się jej unowocześnić.
– Zgodnie z pańskimi postulatami wprowadzone zostały tzw. „kwoty” czyli zasada minimalnej obecności każdej z płci na listach wyborczych. Pojawiała się tu obawa, czy nie jest to sprzeczne z liberalną zasadą wolnej konkurencji. Jak Pana zdaniem powinno wyglądać wspieranie obecności kobiet w życiu publicznym?
Jeśli uznamy, że kobiet jest zbyt mało w przestrzeni publicznej, a tak jest, mimo, że posiadają po temu potrzebne kwalifikacje – są choćby lepiej wykształcone niż mężczyźni – to znaczy, że konkurencja nie działa i trzeba spróbować innych sposobów. Od lat uczestniczę w radach nadzorczych przedsiębiorstw i wiem z jakim trudem otwierają się zgrane męskie zespoły na uczestnictwo kobiet. I jak potem oczywista i naturalna staje się obecność kobiet. Jestem więc zadowolony z postępów w otwieraniu zawodu polityka dla Polek oraz zwolennikiem przepisów, które doprowadzą też do zwiększenia ich udziału w gremiach kierowniczych przedsiębiorstw.
– Wielokrotnie liberałowie podkreślali, że nie ma sprzeczności między ich poglądami a religią. Jednocześnie zawsze kluczowa była deklaracja o świeckim państwie nie ingerującym w poglądy obywatela. Jak w tym kontekście Pana zdaniem powinna zostać rozstrzygnięta sprawa religii w szkołach i obecności symboli religijnych w miejscach publicznych?
Należę do tych polityków, którzy bardzo chcieli, aby państwo i kościół katolicki były wobec siebie autonomiczne, ale utrzymywały bliskie i przyjazne relacje. Chciałem, aby Polska nie uległa zachodniej tendencji do powiększania dystansu miedzy państwem i kościołem. Jestem więc rozczarowany obecną sytuacją i zmartwiony jej konsekwencjami. Nieodpowiedzialne zachowanie wielu duchownych i polityków doprowadziło do stanu, w którym wiele osób coraz dobitniej kwestionuje współpracę tych dwóch ważnych dla nas instytucji. Przejawia się to między innymi w pytaniach o religię w szkołach, obecność krzyża, udział urzędników państwowych w uroczystościach religijnych, przywileje kościołów, itp. Dyskusje na ten temat są zawsze emocjonalne o trudnym do przewidzenia zakończeniu. Mój pogląd jest taki, że jeśli większość obywateli chce, aby religia była nauczana w szkole, to powinna tam pozostać. Podobnie, jeśli większości obywateli nie przeszkadzają symbole religijne w przestrzeni publicznej, to powinny tam pozostać.
– W Polsce nurt liberalny jest podzielony i osłabiony. PO ani już do tego nurtu się nie zalicza sama ani nie odwołuje się do tych zasad w praktyce działania. Są oni przecież jedną z czołowych partii europejskiej międzynarodówki chadeckiej. Politycy tego nurtu są dziś porozrzucani. Jedni są w Stronnictwie Demokratycznym, które wspierało Pana w wyborach prezydenckich, inni w Partii Demokratycznej, jeszcze inni odsunęli się od bieżącej polityki. Czy Pana zdaniem to już czas aby polskich liberalnych demokratów pozbierać w jedną inicjatywę?
Brak mi bardzo skutecznych działań na rzecz solidnej reprezentacji poglądów liberalnych w polskiej polityce! Dziś są one całkowicie niemal nieobecne w głównym nurcie naszego życia publicznego. Z oczywistą stratą dla reprezentatywności i skuteczności naszej polityki. Najwyższa pora by tę nieobecność wreszcie zakończyć.
– Obiecującym kandydatem do współpracy w ramach polskich liberałów i demokratów wydawał się Janusz Palikot. W sprawach gospodarczych mówił głosem liberała a sprawach światopoglądowych, nawet czasami zbyt radykalnymi środkami, ale głosił hasła wolnościowe. Pan sam mówił o nadziei, że będzie on częścią nurtu, który w Europie reprezentuje choćbym szef liberałów Guy Verhovstadt. Teraz jego głosem o gospodarce jest Piotr Ikonowicz, on zaś sam wyklucza członkostwo wśród liberałów i angażuje się w rywalizację o to, kto jest lepszym lewicowcem. Czy to nie jest rozczarowanie?
Trudno mówić o rozczarowaniu, gdyż Ruch Palikota nigdy nie był inicjatywą liberalną. Niektóre z jego postulatów mają charakter liberalny i powinny być przez liberałów poparte. Na przykład w sferze gospodarczej jest pan Ikonowicz, ale też dobry program posła Gibały. RP pozostaje więc, moim zdaniem, obiecującym partnerem dla liberałów, ale własnej reprezentacji oczywiście nam nie zastąpi.
– Wykluczył Pan ostatnio swój start z tworzącej się od patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego listy do PE. Jaki był tego powód i co stanie się z tą listą w wyborach?
Osoby wybrane z tej listy do Parlamentu Europejskiego będą musiały przystąpić do frakcji Partii Europejskich Socjalistów. Ja nigdy socjalistą nie byłem, ani być nie zamierzam więc ta lista jest oczywiście nie dla mnie. Życzę jej natomiast powodzenia, gdyż polscy socjaldemokraci są w niewiele lepszej sytuacji niż liberałowie i potrzebują inicjatywy, która ich zjednoczy. Europa Plus ma potencjał by być taką inicjatywą.
– Jeśli nie dojdzie do porozumienia polskich liberałów i demokratów z socjalistami w ramach wspólnej listy, to Paweł Piskorski zaproponuje tworzenie własnej listy. Czy lista „Liberałowie i Demokraci” powinna powstać i czy Pan gotów byłby do startu z tej listy?
Nie mnie oceniać wyborcze szanse takiego projektu. Nie rozważam też startu – trzykrotnie brałem udział w wyborach i trzykrotnie bez powodzenia. Wystarczy. Ktoś jednak musi podnieść liberalną flagę i gdy to zrobi może liczyć na moją pomoc.
– Rozmawiał Pan podobno z Pawłem Piskorskim o zwołaniu Kongresu Liberałów czyli spotkania wszystkich osób i środowisk identyfikujących w ten sposób swoje poglądy. Jak miałoby wyglądać takie spotkanie i jego cel?
Od pierwszego Kongresu Liberałów w 1988 roku upłynęło tak wiele czasu, że nawet w Internecie trudno znaleźć o nim informacje. Miał jednak istotne znaczenie dla polskich liberałów. Warto nawiązać do tego wydarzenia. Wydaje mi się, że inicjatywa drugiego kongresu mogłaby wzbudzić zainteresowanie wielu środowisk i być punktem zwrotnym w staraniach o reprezentację polityczną liberałów. To duże przedsięwzięcie, ale mam nadzieję, że Paweł je rozważy.
- Pomagał Pan w pracach Stronnictwa Demokratycznego jako przewodniczący jego Rady Programowej. Stronnictwo przygotowało zdecydowanie liberalny program zawierający min. propozycję częściowej odpłatności za studia z rozbudowanym systemem stypendialnym, dokończenie prywatyzacji spółek państwowych, prywatyzację gruntów rolnych pozostających w rękach państwa, zniesienie karty nauczyciela itp. Gdzie szukałby Pan sojuszników dla tak zdecydowanych i odważnych reform?

Wszędzie. Coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę, jak bardzo niesprawne i aroganckie jest nasze państwo. Jak bardzo, z jednej strony, ucieka od trudnych decyzji i zadań, jak opornie się unowocześnia. I jak bardzo, z drugiej strony, nie docenia umiejętności i odpowiedzialności swoich obywateli, nie chce pozwolić im na samodzielne działanie, nie stwarza warunków dla takiego działania. Wszyscy ci ludzie czekają na nowoczesną, zakorzenioną w liberalnych wartościach ofertę polityczną.

Dodany: 7 kwiecień, 2013
Css Xhtml